"Walka sylfa" - L. J. McDonald


Wydawnictwo: Amber
Tytuł oryginału: The Battle Sylph (Sylph #1)
Przekład: Katarzyna Przybyś-Preiskorn
Data wydania: 19 maja 2011
Liczba stron: 320

Czy czasem zdarza wam się kupić książkę, żeby tylko odłożyć ją na półkę i o niej zapomnieć? Mija kilka miesięcy. Szukacie ciekawej lektury, poprzednia właśnie się skończyła. Przekopujecie regał i zauważacie ją. Schowana głęboko, zakryta tysiącem nowszych książek. Wyciągacie ją, siadacie wygodnie na kanapie i otwieracie tę zapomnianą historię. Po kilku stronach jesteście sceptycznie nastawieni. Zaczynacie uważać, że nie bez powodu zapomnieliście o tej książce - po prostu nie jest ciekawa. Aż nagle następuje zwrot akcji wgniatający w fotel i przepadacie.

“Walka sylfa” od początku oferuje obiecany na okładce “baśniowy świat”. Klimatem przypomina stare fantasy w stylu Tolkiena, czy Ursuli Le Guin. Mówię tutaj wyłącznie o klimacie, jako że zarówno fabuła, jak i wykonanie, całkowicie odbiegają od standardów wymienionych autorów. Nie wypada gorzej, jest po prostu inna.

Solie ucieka z rodzinnej wioski gdy dowiaduje się, że ojciec chce ją wydać za mąż za opasłego starszego mężczyznę. Przerażona tą perspektywą dziewczyna wymyka się z domu w środku nocy. Jej celem jest dotarcie do wioski, w której mieszka jej ukochana ciotka - szczęśliwa, niezamężna właścicielka piekarni. Solie na nieszczęście znajduje się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie. Zostaje porwana przez ludzi króla. W tym momencie wreszcie zostaje wyjaśnione kim jest ten tajemniczy “sylf”.

Sylfy, to nikt inny, jak istoty pochodzące z innego świata. Te bezkształtne stworzenia reprezentują każdy z żywiołów, lecz jest jeden rodzaj najbardziej pożądany przez mężczyzn żądnych władzy. Są to sylfy wojownicze, bitewne. Można je zwabić wyłącznie w jeden, bestialski sposób. W trakcie rytuału, gdy sylf przejdzie przez portal i znajdzie się w świecie ludzi, jego przyszły pan musi zabić dziewicę. Musi też natychmiast spojrzeć w oczy istocie i nadać jej imię, tym samym wiążąc sylfa ze sobą. Taki sylf przyjmuje postać jaką narzuca mu pan, nie ma prawa się odzywać, a jego jedynym obowiązkiem jest chronienie swojego władcy. Uwiązany sylf wykonuje swoje zadanie, ale mężczyźni zawsze czują ich otwartą nienawiść.

Solie ma zostać ofiarą przyszłego księcia. W trakcie rytuału coś idzie nie tak. Książę zostaje zabity, a zwykła wieśniaczka staje się panią sylfa o wdzięcznym imieniu Hejty. Tak zaczyna się wielka przygoda kobiety i sylfa, która prowadzi czytelnika po rozległym królestwie w poszukiwaniu bezpiecznej przystani. 

To powieść, która spodoba się zwłaszcza kobietom. Sylfy wojownicze, nie dość że silne i agresywne, uwielbiają kobiety. Przy nich stają się łagodne jak baranki, ale jednocześnie nie ukrywają swojego zainteresowania tą płcią. W książce znajduje się kilka opisów zbliżeń tak nienaturalnych par, ale są wykonane ze smakiem. Nie dominują, są miłym przerywnikiem dającym odetchnąć od wartkiej akcji.

Co najbardziej mnie uderzyło to lekkość nakreślenia świata przedstawionego. Póki co nie dowiadujemy się o nim za wiele. Poznajemy ledwie fragment rozległego świata. Opisy są na tyle dobrze skonstruowane, że nie ma się problemu z odnalezieniem się. W wielu powieściach fantastycznych czasami trzeba cofnąć się o kilka stron, żeby dobrze zrozumieć konkretne elementy. McDonald płynnie przechodzi z wątku w inny, więc książkę czyta się bez potrzeby przerywania lektury na takie krótkie powroty. Podobnie jest z bohaterami. Każdy z nich ma osobowość, w “Walce sylfa” nie ma miejsca dla bezużytecznych schematycznych postaci. Dzięki temu ma się duży wybór jeśli chodzi o ulubione lub znienawidzone postacie. Osobiście zdradzę, że moje serce skradł sylf Maczuga oraz pewna pilnująca zasad matrona. Są świetnymi postaciami, wprowadzającymi dodatkowo element humorystyczny. 

Fabuła jest dość prostolinijna, ale to dobre wprowadzenie do serii. Nie przepadam kiedy autor zarzuca czytelnika milionem wątków, o których potem zapomina w kolejnych częściach. W przypadku tej książki akcja konsekwentnie, bez kluczenia, prowadzi do punktu zwrotnego. Atutem jest łatwy język. Nie ma w książce wielu zwrotów wymagających tłumaczenia, czy obszernego słowniczka. Książka nadaje się więc dla osób, które przykładowo dopiero rozpoczynają swoją przygodę z fantastyką i szukają czegoś lekkiego, co wprowadzi ich we wspaniały świat tej literatury.

Pomimo tych zachwytów jest jedna rzecz, która woła o pomstę do nieba. Nie jest ona winą autorki. Wina leży po stronie wydawnictwa. Już nawet zapominając o braku tłumaczeń kolejnych części, wydawnictwo po prostu nie przyłożyło się do korekty. Skutkiem jest mnóstwo błędów interpunkcyjnych, które aż rażą w oczy. Wydawnictwo Amber zasługuje na porządne lanie. Nie jest to odosobniony przypadek. Czytałam wiele książek tego wydawnictwa i w wielu z nich znajdowałam bezczelne literówki lub błędy ortograficzne.

Podsumowując, “Walka sylfa” to lekka fantastyka zasługująca na danie jej szansy. Polecam ją zwłaszcza paniom, lubiącym ciekawy wątek romantyczny. To książka, przy której można się odprężyć i zatopić w niemalże idealnym świecie. Mam nadzieję, że kolejne tomy utrzymają ten poziom lub będą jeszcze lepsze. Bardzo nie chciałabym się zawieść, bo seria jest bardzo obiecująca.

Prześlij komentarz

0 Komentarze