"Frey" - Melissa Wright

 

Wydawnictwo: CreateSpace Independent Publishing Platform
Seria: The Frey Saga (#1)
Data wydania: 9 listopada 2015
Liczba stron: 260

Frey wiedzie spokojne i ułożone życie w elfiej wiosce. Dni wypełnia jej uczęszczanie na lekcje, które prowadzi jej ciotka. Dzień w dzień dziewczyna wykonuje te same czynności, chodzi w te same miejsca – coś zmienia się w momencie, gdy widzi przed domem ciotki tajemniczego, wysokiego elfa. Frey ogarnia fascynacja, która prowadzi ją do wiejskiej biblioteki. Chcąc dowiedzieć się, kim jest nieznajomy, zagląda w najróżniejsze księgi, głęboko schowane przed wzrokiem mieszkańców. Po odkryciu jednego ze starych manuskryptów, życie Frey zostaje odwrócone do góry nogami. Dziewczyna nagle zdaje sobie sprawę, że sama nie wie, kim tak naprawdę jest. Tajemnicza mapa, która pojawia się na jej dłoniach, prowadzi ją do miejsca i do ludzi, którzy pomagają jej odkryć tajemnicę jej pochodzenia. Ścigana przez radę dołącza do nowo poznanego elfa i oboje wyruszają w nieznane.

Melissa Wright znana jest z pisania powieści z gatunku paranormal romance, skierowanych do młodych dorosłych. „Frey”, pierwszy tom cyklu „The Frey Saga” to moje pierwsze spotkanie z tą autorką, mimo że jej nazwisko kojarzyłam. Po książkę sięgnęłam z bardzo trywialnego powodu – urzekła mnie okładka, a i sam opis zachęcał. Jako fanka elfów z chęcią sięgam po wszelkie powieści, gdzie te występują.

W powieści jest wszystko, czego można spodziewać się po pełnokrwistym fantasy – są elfy, magia, tajemniczy nieznajomi z równie tajemniczymi mocami, zagadka, wielka przygoda oraz z pozoru nic nieznaczący główny bohater, który okazuje się niezwykle ważną dla świata postacią. Na pierwszy rzut oka wszystko ze sobą gra, aczkolwiek im dalej w las, tym więcej nieścisłości odkrywałam.

Zacznijmy od tego, co jest najsłabszym punktem „Frey”. Mianowicie bohaterowie (w tym główna bohaterka) oraz wybór narracji pierwszoosobowej. Tego typu narracja przydaje się, gdy autor chce, aby jego czytelnicy dobrze poznali główną postać; zgłębili emocje i motywy, jakie nią kierują. W książce Wright sprawdziłoby się to, gdyby nie nijakość Frey. Jak wcześniej wspomniałam, prowadzi dość nudne życie, które prawdopodobnie przełożyło się na nią samą. Dziewczyna nie ma żadnych zainteresowań i nic nie wiadomo o jej charakterze, gdyż do czasu poznania Chevelle’a nie prowadzi z mieszkańcami interakcji, które by coś wnosiły. Gdy mężczyzna odwiedza wioskę, ona widzi go tylko kątem oka, lecz mimo to biegnie do biblioteki, aby dowiedzieć się czegoś o jego pochodzeniu. Chevelle staje się jej małą obsesją; niedziwne więc, iż przyjmuje jego pomoc, gdy oferuje jej trening magiczny. Tutaj kończy się jakikolwiek przejaw zainteresowania czymkolwiek ze strony Frey. W każdym kolejnym rozdziale dziewczyna podąża za grupą, nie wiedząc, gdzie jest cel ich podróży. Co najzabawniejsze – ani razu nie pyta nikogo, gdzie idą, czemu to robią. Dlatego narracja pierwszoosobowa to był swoisty „strzał w kolano” autorki. 

Kolejną strzałę wypuściła, pozwalając Frey mdleć w najważniejszych momentach lub słyszeć dziwne buczenie, które przysłania jej sytuację. Tym samym czytelnik absolutnie nie ma pojęcia o tym, co się dzieje. Wiele wydarzeń, opisanych w ten sposób, jest oderwanych od fabuły. Jedynymi postaciami, które ratują powieść, są Steed i Ruby. Oboje są dość charakterni i zadziorni. Wraz z nimi pojawiają się dialogi. Akcja lekko nabiera tempa i czytelnik wreszcie nie dostaje wyłącznie opisów zdziwienia Frey tym, że ma jakąś magię.

Przejdźmy zatem do tematu magii w książce. Wiadomo o niej tyle, iż gdy ktoś przejawia mroczne moce, jest „uwiązywany” przez Radę. Taka osoba zostaje wygnana do pomniejszej wnioski, aby prowadzić normalne życie. „Uwiązani” mają usunięte wspomnienia, a magia prawie nigdy już się w nich nie przejawia. Frey również należy do elfów, które zostały poddane temu zabiegowi. Pomimo tego wraz z treningami z Chevellem odkrywa, że jest niezwykle potężna – w końcu umie wyczarować ognisty huragan! Magię można wykorzystać do czynienia dobra, aczkolwiek mało jest o tym powiedziane. Akcentem, który podobał mi się najbardziej, było zrobienie z rasy ludzi legendy. Tak, jak my uważamy wróżki i inne stworzenia za wytwór szalonej wyobraźni, tak elfy czytają bajki o ludziach, którzy dawniej chodzili po ich ziemiach. Nigdy nie spotkałam się z takim odwróceniem ról; można na jego podstawie stworzyć ciekawą historię.

Podsumowując, nie jest to dobra książka. Brakuje jej dopracowania fabuły i bohaterów, czyli tak naprawdę najważniejszych elementów dobrej powieści. „Frey” czytało się tak, jakby dostało się od znajomego szkic jego powieści do oceny. Czytało się ją szybko, aczkolwiek nie zaważyło to na ocenie. Z przykrością muszę stwierdzić, że nie sięgnę po dalsze części, aby poznać dalsze losy Freyi. Główna bohaterka skutecznie zniechęciła mnie do całej serii o swojej osobie.

Prześlij komentarz

0 Komentarze